Muzyka kontra życie

sad.jpg

źródło: nightingaleng.blogspot.com / plutonicgrioup.com


Wrzuciłam kiedyś na bloga
cytat amerykańskiego aktora, coacha i biznesmena.

Pojawił się ciekawy komentarz.

Czytając teraz swoją nań odpowiedź mam wrażenie, że powinna być osobnym artykułem.

Więc… niech będzie. 🙂

* * *

Wokaliści i muzycy to najbardziej zdeterminowani, odważni ludzie na świecie. W jednym tylko roku radzą sobie z większym odrzuceniem niż większość ludzi w ciągu całego życia. Każdego dnia mierzą się z finansowym wyzwaniem wynikającym z bycia freelancerem, z brakiem szacunku tych, którzy uważają, że powinni zabrać się za jakąś prawdziwą robotę i ze strachem o własną zawodową przyszłość. Każdego dnia muszą ignorować fakt, że to czemu poświęcili życie, może się okazać bańką mydlaną. Z każdą nutą napinają się emocjonalnie i fizycznie, ryzykując krytykę i osąd. Z każdym mijającym rokiem, wielu z nich patrzy jak rówieśnicy osiągają kolejne kamienie milowe normalnego życia – samochód, rodzinę, dom, oszczędności na koncie. Dlaczego? Ponieważ muzycy i wokaliści są gotowi poświęcić całe życie dla chwili, w której melodia, tekst, akordy, interpretacja poruszą duszę słuchacza. Wokaliści i muzycy to istoty, które skosztowały nektaru życia w tym krystalicznym momencie, gdy ich twórczy duch wylał się na słuchaczy i dotknął serc. W tym momencie są bliżej magii, Boga i doskonałości niż ktokolwiek inny. I w głębi serca wiedzą, że to właśnie jest warte poświęcenia choćby i tysiąca żyć.

(David Ackert, Backstage Magazine)

* * *

Jakiś czas temu trafiłem na ten wpis. Zanotowałem go sobie i co jakiś czas do niego wracam gdy zastanawiam się nad swoim życiem. Zazwyczaj wtedy gdy nie mam motywacji do ćwiczenia i pracy na miarę swoich mozliwości. Sam jestem muzykiem, a właściwie to dopiero uczę się nim być w szkole muzycznej II st. Ta szkoła była moim marzeniem. Wiedziałem, że jesli już sie tam dostanę, to szybciutko bedę się wspinał po drabinie kariery wspaniałego muzyka. I mimo wszelkich przeciwności zdobędę cały świat. Teraz, kiedy już tutaj jestem, kiedy spełniłem swoje marzenie, nagle mam mnóstwo wątpliwości. Czy to jest napewno to czego chcę? Zaczyna się ten etap w moim życiu kiedy moi znajomi i rówieśnicy zaczynają sie żenić, mają samochody, kończą studia, idą do dobrej pracy, zakładają firmy… A ja gdzie jestem? W imię czego? I ta straszna samotność… Zadajesz sobie czasem takie pytania? Po ostatnich wpisach wydaję mi się, że tak. Czy jesli mogę spytać wierzysz, że to o czym pisze Ackert jest warte poświęcenia choćby i tysiąca żyć?

(Bartosz)

* * *

Cześć Bartek,
wybacz, że dopiero teraz odpowiadam. Poruszyłeś bardzo delikatną kwestię; musiałam się porządnie zastanowić, co Ci odpisać. Bo choć uważam cytowane słowa za piękną ilustrację tego, co czyni nasz zawód tak wyjątkowym… to nie, z “poświęcaniem żyć” się zdecydowanie nie zgadzam. A przynajmniej nie zgadzam się poświęcać własnego życia, jeśli ma ono oznaczać frustrację i samotność.
Nie jestem jednak pewna, czy to to miał na myśli autor. Jego tekst zdaje się być spojrzeniem z zewnątrz, z perspektywy “normalnych” ludzi, podążających tradycyjną, wytyczoną przez społeczeństwo ścieżką: studia – praca – rodzina – dom itd. (Choć oczywiście czasy się zmieniają, a z nimi styl życia kolejnych pokoleń – ale to temat na oddzielną dyskusję.) Dla nich nasz zawód może wydawać się szaleństwem: ćwiczymy dniem i nocą w świątek, piątek i niedzielę, studiujemy po 5, 7, 10 lat, a potem często i tak nie mamy stałej, pewnej pracy, tylko freelancujemy, nawet nie myśląc o nabytkach typu samochód czy dom. Co za tym idzie, na projekty typu małżeństwo i rozmnażanie decydujemy się znacznie później niż rówieśnicy. (Zastrzegam tu sobie prawo do subiektywnej generalizacji – nie mam danych statystycznych; powołuję się tylko i wyłącznie na własne doświadczenie i wieloletnie obserwacje.)
Tylko czy to oznacza “poświęcanie życia”…?
Jak dla mnie, nie.
My, muzycy, po prostu “skosztowaliśmy nektaru życia w tym krystalicznym momencie, gdy nasz twórczy duch wylał się na słuchaczy i dotknął serc”. Ha. Co z tego, że nasi kumple zakładają rodziny i obejmują dyrektorskie stanowiska, gdy nigdy nie doświadczyli tej magii, co my?!…
Osobiście wolę interpretować ten tekst nie jako: życie muzyków generalnie jest do d*, ale zdarzają się momenty, dla których warto się poświęcać; lecz: muzyków uszczęśliwia co innego niż “pospół”, nie potrzebują otaczać się dobrami materialnymi, mają odmienne cele i wartości, co innego jest dla nich ważne.
Fakt, że czasami pracy i stresu jest tyle, że zapominamy, po co to wszystko. Fakt, że czasami trzeba zacisnąć zęby i przeżyć kilka tygodni, nie wychylając nosa z ćwiczeniówki.
Takie okresy są w każdym zawodzie; u każdego, kto traktuje swoje zajęcie poważnie. Ważne, by po nich przeżyć ten “krystaliczny moment” i poczuć znów, że robimy to, co kochamy. Równie ważne, według mnie, by po takim wycieńczającym okresie odpocząć i odzyskać balans.
Bo prawda jest moim zdaniem taka, że wszyscy pragniemy w życiu przede wszystkim szczęścia. Jednym wystarcza do niego sztuka, muzyka, ćwiczenie, koncertowanie. Znam takich ludzi. Dwóch czy trzech, może pięciu. Spośród kilkuset muzyków, których w życiu spotkałam. Dla większości śmiertelników “podkładem” do szczęścia jest jednak balans. Zdrowie. Ruch. Dobry pokarm dla ciała, duszy, intelektu. Czas dla siebie, na refleksję. Kontakt z naturą. Słońce. I budujące towarzystwo. Krąg ludzi, do których mamy zaufanie, którzy nas kochają, lubią, wspierają; z którymi możemy się śmiać i być sobą. Nie musi być ich wielu; nie muszą nawet być tuż obok – ważne, by mieć świadomość, że są.
Większość “dołków” na mojej muzycznej drodze wynikała prawdopodobnie z zachwiań tego życiowego balansu.
Szczęśliwym trafem jakiś czas temu udało mi się osiągnąć główny cel (dostać się do dobrej orkiestry) i w chwili obecnej mam czas i warunki odetchnąć. Piszę “szczęśliwym trafem”, bo wiem, że choć bardzo ciężko pracowałam i na to zasłużyłam, to wygranie przesłuchania zależy w ogromnej mierze od szczęścia. I, moim skromnym zdaniem – przeciwnym do tych, których przekonaniem jest, że trzeba mieć klapki na oczach i tylko ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, bo inaczej niczego się nie osiągnie (determinacja determinacją, jednak widziałam w życiu zbyt wiele rozczarowań, by propagować takie podejście) – musimy mieć plan B. A przynajmniej wachlarz umiejętności, który pozwoli nam przetrwać, gdy główny plan nie wypali.
Co zrobisz, jeśli nie wygrasz żadnego z konkursów, do których się przygotowujesz? Jeśli w ciągu najbliższych 5 lat (czy ile tam sobie dasz) nie dostaniesz się do wymarzonej orkiestry? Jeśli Twoim zespołem nigdy nie zainteresuje się żadna wytwórnia? Jeśli kwartet rozsypie się w szczytowym momencie…?
Warto zadawać sobie takie pytania i mieć wybór, wiedząc, że muzyka to to, czym CHCEMY się zajmować – a nie MUSIMY, bo nie potrafimy robić nic innego.
Realia są niestety takie, że uczelnie muzyczne na całym świecie produkują zbyt wielu instrumentalistów (z których wszyscy potrafią bardzo dobrze grać, ale zwykle nic poza tym) w stosunku do możliwości zatrudnienia. Co nie znaczy, że skazani jesteśmy na pracę w McDonaldzie.
Nastała nowa era, w której ważne są umiejętności takie jak przedsiębiorczość, autopromocja, management, nawiązywanie kontaktów, organizowanie koncertów, kreatywność, wychodzenie światu naprzeciw i szukanie możliwości – a nie bierne czekanie, aż ktoś nas odkryje i wypromuje (lub po prostu zatrudni). W dobie internetu i galopującej technologii możemy sami nagrywać płyty, pozyskiwać słuchaczy itd., itp., etc. Wszystko to stanowi wyzwanie, ale zarazem sprawia, że muzyka może być nie bańką mydlaną, ale sposobem na ciekawe, spełnione życie.
…To, co mnie zastanawia (i trochę martwi) w Twoim komentarzu to sformuowania takie jak “drabina kariery” czy “zdobywanie świata”. To… chyba nie jest właściwa motywacja, Bartek. Nie w tym zawodzie. W muzyce NIGDY nie ma gwarancji sukcesu (sukcesu w najczęstszym rozumieniu: sławy, kasy. Bo oczywiście “sukces” dla każdego może oznaczać coś innego). A już kariera “światowa” to w ogóle mrzonka… Przytrafia się jednemu na milion, przy ogromnej dawce samozaparcia, poświęcenia, pracy dniami i nocami – i jeszcze większej: szczęścia, znajomości, ustawienia, predyspozycji fizycznych (i wizualnych!) itd.
Nie trzeba jednak zdobywać świata, by być szczęśliwym muzykiem. (Choć można go zwiedzić! Sama wyłącznie dzięki skrzypcom obleciałam kilka kontynentów. Muzyka od zawsze była dla mnie oknem na świat – początkowo tylko to motywowało mnie do tego, by grać dalej!…) Grunt, by kochać to, co robimy (tudzież robić to, co kochamy😉 ). I wkładać w to serce (bo tylko wtedy będziemy przekonujący). I mieć mocny kręgosłup!… (Krytyka i osąd są normalne w tej profesji. Musimy “wypracować twardą skórę”, jak mówią po angielsku, i zaufać sobie.)
Poza tym – warto nabywać inne umiejętności, muzyczne i niemuzyczne. Zdobywać nowe doświadczenia. Uczyć się – ale też uczyć innych, zwłaszcza, że nauczyciel to najbardziej realna perspektywa zawodowa każdego instrumentalisty (a zarazem ogromnie satysfakcjonujące zajęcie…!).
Warto również otaczać się ludźmi myślącymi podobnie. Zapobiegnie to dołującym porównaniom (patrz: Ackert).
I na koniec – mieć dystans. Do siebie, do świata. Nie brać wszystkiego super serio. Dystans i poczucie humoru to skuteczny lek na wiele niepowodzeń.😉
…Osobiście wiem, że mogłabym robić w życiu coś innego i też być szczęśliwa, ale w tej chwili kocham granie w orkiestrze i chcę wykonywać ten a nie inny zawód. “W tej chwili” – bo wszystko może się zmienić, i mam nadzieję, że w momencie, gdy zacznę przeklinać swoją pracę, będę miała dość odwagi, by zrobić w życiu rewolucję i zająć się czymś innym.
Póki co jednak widzę przed sobą wiele różnorodnych, acz muzycznych możliwości (totalna rewolucja przez jakiś czas raczej nie będzie konieczna). Mam nadzieję, że Ty też je dostrzeżesz i znajdziesz w ten sposób prawdziwą, wewnętrzną motywację do grania i nauki.
Trzymam kciuki. I pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

(M.)

Advertisements

Teodor Currentzis – wywiad

1601339_399381916862758_333626915_n.png

Jeden z najciekawszych muzyków i najlepszych dyrygentów,  z jakimi miałam okazję pracować.

Grek mieszkający w Rosji i cieszący się tam sławą niczym gwiazda rocka, w Europie również robi furorę, gdziekolwiek się pojawia. Jedni uważają go za szaleńca, inni za geniusza…

Teodor Currentzis w – zdaje się – pierwszym wywiadzie po polsku.

***
listen in English:

***

–        Co oznacza dla ciebie bycie muzykiem? Czy to praca, czy raczej powołanie, misja?

–        Oczywiście, że misja. Być muzykiem… to trochę jak starać się być istotą ludzką w zoo. Oznacza inność; jest trudne. Ten świat nie jest stworzony dla muzyków, lecz dla ludzi, którzy trzymają się systemu, przestrzegają prawa… Żeby być muzykiem, trzeba podążać za intuicją i sercem – a w dzisiejszym świecie na żadną intuicję i serce nie ma miejsca. Trudno jest więc być muzykiem. Prawdziwym muzykiem… Bo jedynie profesjonalistą, wykonującym swój zawód – ok…

–        A co to jest “prawdziwy” muzyk?

–        Hmmm…. To nieco naiwna, romantyczna osobowość. To swego rodzaju magik; ktoś, kto chce rewolucji, chce dokonać zmian w tym świecie. Nie satysfakcjonuje go rzeczywistość, w której żyje, próbuje więc stworzyć nową – taką, w jakiej chciałby się znaleźć…

–        Czy takim muzykiem można się stać? Czy trzeba się nim urodzić?

–        …Sądzę, że trzeba się urodzić z tą określoną osobowością. W odpowiednim ciele, z odpowiednią duszą. To bardzo szczególna „zbroja”, w której rodzi się muzyk.

–        Co najbardziej lubisz w byciu muzykiem?

–        Najbardziej? Piękne dziewczyny po koncertach! (śmiech)
…A poważnie – lubię ten moment, gdy dotykasz duszy drugiego człowieka. I niekoniecznie, gdy dzieje się to natychmiast, w trakcie koncertu, lecz raczej gdy ktoś po latach słucha, co razem zdziałaliśmy, i go to porusza. Bo – na przykład – wy, którzy gracie teraz tutaj ze mną, pewne rzeczy dostrzeżecie dopiero za 2-3 lata. Nie interesuje mnie występ, interesuje mnie ten trening. To jakby joga, którą prowadzę dla moich muzyków; duchowe szkolenie, które im oferuję…

–        A czy jest cokolwiek, czego w tej pracy – profesji – karierze nie znosisz?…

–        Nie znoszę „pracy, profesji i kariery”. Tych trzech słów.

–        (śmiech) …ok, przepraszam!… w byciu muzykiem…

–        …nie lubię być muzykiem. Wolałbym być pisarzem…
Piszę! – no ale jestem muzykiem… Jestem poetycki w muzyce i muzykalny w poezji.

–        …Wracając do stawiania się owym prawdziwym muzykiem – bo wciąż wierzę, że można się doskonalić, a nie trzeba urodzić geniuszem… Słuchając Aleksieja Liubimova, gdy grał Schuberta, zastanawiałam się, czy potrzeba siwych włosów, by tak jak on znaleźć – i przekazać – sens każdej nuty…? Czy jest jakiś sposób, by tam „dotrzeć”, rozwinąć się wcześniej? Czy koniecznie potrzeba wieku i doświadczenia…?

–        Cóż, Aleksiej Liubimov jest z natury ogromnie utalentowany, to po pierwsze. Jednocześnie to wielki intelektualista. Ma już 70 czy 68 lat, a bez przerwy poszukuje. Historyczne instrumenty, post-awangarda, minimalizm… On naprawdę troszczy się o swą rolę w czasie, w którym żyje. Ponadto – pochodzi ze Wschodu, ale ma w sobie świetną mieszankę najlepszych cech wschodu i zachodu. To coś wspaniałego; coś, co mają również Polacy – jesteście wschodnim narodem, ale możecie bez trudu sięgać po to, co dobre w Europie, na zachodzie. Już np. Niemcy nie mają nic ze wschodu; nie mają legato, oni są – tak jak ich język – staccato…

–        A byłeś kiedyś, lub dyrygowałeś, w Polsce?

–        Oczywiście. W Warszawie, Krakowie i… nie we Wrocławiu, tylko tym drugim mieście…

–        Poznaniu?

–        Tak! W Poznianiu. Z Mahler Chamber Orchestra.

–        Aha, czyli nie dyrygowałeś jeszcze polską orkiestrą?

–        Nie.

–        A przyjąłbyś zaproszenie?

–        Tak, macie kilka dobrych orkiestr… Zapraszał mnie ostatnio Antonini, dyrygent Il Giardino Armonico, do Wrocławia na festiwal muzyki dawnej [Giovanni Antonini jest nowym dyrektorem arystycznym Wratislavia Cantans – M.], ale to jest już we wrześniu; mój kalendarz na wrzesień jest dawno zapełniony… Nie znoszę tego…
I, wiesz, uwielbiam Kraków. To wspaniałe miasto. Warszawa też mi się podoba.

–        Warszawa zrobiła się bardzo europejska…

–        …tego akurat w niej nie lubię! Wygląda jak Moskwa…

–        …Chyba teraz bardziej jak Berlin…!

–        A byłaś kiedyś w Moskwie?

–        …nie! (śmiech)

–        Moskwa jest znacznie bardziej europejska od Warszawy. Bardziej europejska niż Nowy Jork! Mają tam dużo pieniędzy…
W Warszawie podobają mi się małe dzielnice, domki… Tak, Warszawa to świetne miasto – ale jednak bardziej inspirujący, zapadający w pamięć jest dla mnie Kraków.

–        …Kolejne pytanie, które zanotowałam, to czy twoim zdaniem istnieją jakieś elementy osobowości – poza talentem, poza ciężką pracą – niezbędne na owej drodze do muzycznej „wielkości”? Jakieś cechy charakteru, które są szczególnie ważne?

–        Sądzę, że… każdy musi się zakochać oraz wyrazić swój własny protest.
Zakochanie to największy protest w naszym życiu, ponieważ stajemy przeciwko wielu rzeczom. Po pierwsze, przeciwko instynktowi: instynkt człowieka – tak jak i zwierzęcia – mówi, że to, co ważne dla naszego życia to pokarm, woda itd. Nikt nie jest gotów umrzeć za kogoś innego. Aż pojawia się miłość – i mówi: nie, jest coś więcej; coś ponad to, co widzimy… I nagle możliwe staje się poświęcenie dla drugiego człowieka, a nawet oddanie za niego życia. Bo miłość to nie hormon…
Gdy spojrzy się na to od tej strony, to widać, że miłość to wspaniały protest. Ten świat umiera i wierzy, że tylko to, co umiera, jest istotne. To, co można kupić. Również w naszym zawodzie liczy się głównie pensja i czas pracy… Ważne jest dla ludzi to, co będzie prochem! Bo będzie nim i pensja, i wszystko inne… Rzeczy nieśmiertelne, których nie można kupić, to inspiracja, miłość, poświęcenie, duchowe uniesienie… Wszystko to w dzisiejszym świecie się nie liczy, bo nie jest stabilne, materialne. Ludzie nie wierzą już w duchowość – więc to, na co pracują, to rzeczy materialne; rzeczy, które umierają… Nie ma miejsca na nieśmiertelność. Zatem osoba, która się zakochuje, wyraża jakby anarchistyczny protest przeciwko tej konstytucji śmiertelności. Muzyka, poezja – to broń w rękach tego, kto kocha. Flaga naszego protestu. Muzyka po to była przecież tworzona – nie dla biznesmenów, którzy przychodzą dziś na premiery… Ona jest dla nas samych. Podczas każdej próby trenujemy więc nasze ciała, tak, by w trakcie występu móc „latać”. Gdy pracujemy – uczymy się utworu, studiujemy go – nie latamy. Tworzymy jednak mapę, plan, według którego poszybujemy na koncercie…
…Wielu ludzi mówi o Wagnerze: po co te pięciogodzinne opery? Gdyby zamiast pięciu skomponował jedną godzinę muzyki, byłaby ona idealna!… Otóż nie. Jeśli nie będziemy cierpliwie mierzyć się z materiałem, z czasem!… To nie osiągniemy celu, zbawienia.
…Muzyka musi być uprawiana jak protest. Ona ma w sobie wielką filozofię, jest wspaniałym darem. W niej nie chodzi o te bzdury, których uczą w konserwatoriach. Bo to są bzdury!…

–        Dyrygowałeś w wielu krajach na całym świecie. W Europie – Niemczech, Hiszpanii, Francji, ale także w Ameryce, Rosji i tak dalej… Czy mógłbyś opowiedzieć o różnicach między orkiestrami w różnych krajach? Czy zauważyłeś jakieś charakterystyczne cechy muzyków, typowe dla danego obszaru?

–        Tak, na południu Europy są oni słabsi technicznie, za to znacznie lepiej grają razem, mają świetne poczucie rytmu. Łatwiej się tam dyryguje. Im dalej na północ, tym słabszy puls i rytm. Południowcy czują taki „groove”, co widoczne jest w ich ubiorze, sposobie poruszania się, w kolorach – to wszystko ma w sobie rytm; rytm jest u nich taką wewnętrzną, naturalną energią. Elementy i południa, i Europy środkowej, i wschodu, ma w sobie Rosja, Polska, Litwa, Ukraina. Tu jest i swing – inny, niż na południu, ale jest – i jakość. Intonacja, z kolei, lepsza jest w centralnej Europie…

–        Co sądzisz o stanie muzyki klasycznej w dzisiejszym świecie…?

–        Upada. Umiera. Myślę, że gdyby nastało straszne prawo, zakazujące muzyki klasycznej – zamkniętoby uczelnie muzyczne i sale koncertowe, a w ich miejscu otwarto restauracje i salony samochodowe – byłoby to dla nas fantastyczne. Wtedy, po 20 latach, muzyka klasyczna znalazłaby się w podziemiu, i kwitłaby, bo najważniejsza byłaby jakość, kreatywność, dusza… Nie pracowalibyśmy tak, jak się pracuje w supermarkecie…

–        Przeczytałam interesujący wywiad z tobą z 2005 roku, gdzie mówisz: „uratuję muzykę klasyczną. Dajcie mi 5 lub 10 lat, i zobaczycie”. Minęło 8 lat… I jak?

–        Po pierwsze, nie powiedziałem tego… To było w Londynie, miałem tam koncert… Przyszedł dziennikarz jakiejś gazety, no i tak to sobie przetłumaczył i ułożył. Ludzie byli wzburzeni i tak dalej… Ale w zasadzie nie jestem przeciwko tej wypowiedzi. Choć jej tak nie sformułowałem. Tylko że to nie mnie osądzać – czy ratuję muzykę klasyczną, czy nie. Sądzić możesz ty – ty pracujesz w różnych krajach, widzisz, jak muzyka klasyczna wszędzie wygląda, i widzisz, że to, co ja robię, to niezupełnie to samo.

–        Często krytykujesz tzw. „niemiecki system” orkiestrowy. [Chodzi o to, jak zorganizowane są zespoły, z ich określoną liczbą prób i koncertów, punktualnością, formalnościami itd. – M.] Czy możesz wyjaśnić, co odróżnia go od twojej orkiestry, MusicAeterna?

–        …Nie mam nic do niemieckiego systemu… jestem przeciwny systemowi ogólnie rzecz biorąc. Zacznijmy od tego, że być muzykiem to nie to samo, co pracować w fabryce. Jeśli chcesz być muzykiem, to tak naprawdę nie potrzebujesz mieć rodziny, „życia”. Masz tylko muzykę.

–        …a co, jeśli chcesz?…

–        Jeśli masz rodzinę, te rzeczy, to oni muszą wiedzieć od samego początku, że muzyka jest dla ciebie najważniejsza. Jeśli się ożenię, to będę musiał powiedzieć żonie, sorry, ale czasami będziesz przy mnie, nie widząc mnie przez 2 lata, bo będę w innej fazie, w innym stanie inspiracji… I ona musi to zrozumieć. Wielu „muzyków” nie chce tak żyć – kompletnie i szczerze poświęcić się sztuce, jak mnich… Chcą być trochę tu, a trochę tam, chcą mieć rodzinę i normalne, przeciętne życie. Być przeciętnymi ludźmi… A to jest niemożliwe. Widzisz, w MusicAeterna, jeśli okazuje się, że planowany czas próby nie wystarczy, to trwa ona dłużej!… Wszyscy są zmęczeni, oczywiście, że tak – ale to jedyny sposób… Jedyny sposób. Nie jesteśmy przeciętnymi ludźmi. Nie podlegamy temu systemowi. Bo on może zorganizować coś dobrego… Ale może też zniszczyć coś wielkiego. Może zamienić człowieka w robota… Sprawić, że będzie nam trudno rozmawiać o tym, co ważne; o tym, co mamy w sercu.
…Ja wiem, że to brzmi trochę jak gdybym był lunatykiem, wariatem… Ale to nie tak – jestem znacznie mądrzejszy. Wiem, jak ogrzać ten system, dać mu kilka dobrych zastrzyków… I zrobię to. Zobaczysz. Daj mi kilka lat…

(Perm, maj 2013)

Apel: Młodzieży, ucz się języków!

źródło: pixgood.com

źródło: pixgood.com

Na samym początku pracy zaprzyjaźnionej nauczycielki niemieckiego w ogólnokształcącej szkole muzycznej dyrektor przestrzegł ją: “tylko ich nie ciśnij, oni mają ważniejsze rzeczy na głowie!…”.

Wyjeżdżając jako nastolatka z orkiestrami za granicę byłam zwykle jedyną osobą, która nawiązywała znajomości się z kolegami z innych krajów – reszta nie potrafiła się dogadać.

Znajomi z różnych zakątków Polski, zapytani o poziom nauki języków obcych w ich szkołach i na uczelniach muzycznych, zgodnie odpowiadają: “beznadziejny”.

Przeraża mnie to bardziej niż wszystkie inne braki w polskim systemie edukacji muzycznej razem wzięte.

Sama praktycznie wszystko, co osiągnęłam jako muzyk, zawdzięczam znajomości języków (w równym – lub wyższym!! – stopniu co ćwiczeniu). Bez niej nie poznałabym nauczyciela, który przekonał mnie, żebym spróbowała studiów muzycznych, gdy miałam całkiem inne plany. Nie przebrnęłabym przez licencjat i dwie magisterki w Szwajcarii (a tym bardziej nie ukończyła ich z wyróżnieniem). Nie mogłabym uczyć się od ulubionych muzyków i profesorów, koncertować w kilkunastu krajach, grać w angielsko-, niemiecko- i rosyjskojęzycznych orkiestrach, rozmawiać z solistami i dyrygentami, jeździć na zagraniczne kursy i festiwale, dawać lekcji gdziekolwiek jestem. Odkąd pamiętam, muzyka i języki przeplatały się w moim życiu i wzajemnie nakręcały.

Język jako środek do celu, nie cel sam w sobie

Nawet jeśli nie planujecie studiów za granicą ani międzynarodowej kariery – język jest w dzisiejszych czasach niezbędny w naszym zawodzie.

Każdy szanujący się muzyk współpracować będzie kiedyś z zespołem/dyrygentem/solistą/profesorem (itp., itd.) z zagranicy (chyba że szczytem jego marzeń jest chałturzenie po wiejskich weselach).

W obliczu tego, jak mały jest dziś świat, nieznajomość języków to strzelenie sobie kulą w łeb. Nie tylko zmniejsza diametralnie ilość możliwości pracy, lecz przede wszystkim: ogranicza w rozwoju!

Znając choćby tylko angielski (ale porządnie!), możesz przykładowo:

  • czytać Bulletproof Musician i inne mądre strony/blogi dla muzyków, jakich po polsku NIE MA! (poza moim, haha 😉 )
  • czytać/słuchać/oglądać wywiady z ulubionymi wykonawcami
  • oglądać filmy dokumentalne o muzykach
  • oglądać nagrania z lekcji i kursów z najlepszymi nauczycielami (np. na YouTube czy stronach edukacyjnych typu violinmasterclass.com)
  • czytać tematyczne książki (nieprzetłumaczone na język polski) i czasopisma (np. Strings)
  • jeździć na kursy, konkursy, tournee za granicę i nawiązywać inspirujące (tudzież użyteczne!) znajomości.

Masz horyzont poszerzony o 1000%: niemal wszystkie informacje (z każdej dziedziny) dostępne są na wyciągnięcie ręki w takiej czy innej formie po angielsku. Po polsku – wielu z nich ze świecą szukać.

Niemiecki jest bardzo przydatny, bo to w niemieckojęzycznych krajach jest najwięcej pracy dla instrumentalistów – no i kultura muzyczna jest na znacznie wyższym poziomie niż u nas, co czyni je fajnym, stymulującym środowiskiem do nauki.

Włoski i francuski – żeby rozumieć oznaczenia w nutach bez biegania po słowniczek muzyczny. 😉 (We Włoszech jest ponadto mnóstwo małych acz “międzynarodowych” konkursów muzycznych, na których łatwiej coś wygrać niż np. w Polsce, a co nieźle wygląda w życiorysie 😉 .)

Każdy inny język też jest dobry, choćby dlatego, że ułatwia nauczenie się kolejnego. Gdy rozumiemy mechanizmy gramatyczne funkcjonujące w dwóch różnych językach, szybko opanujemy te rządzące trzecim.

Jak uczyć się języków?

…Możesz wpisać to zdanie w Google – wyskoczy dwa i pół miliona wyników. Napisano na ten temat opasłe tomy, a ilość dostępnych kursów i metod jest wręcz przerażająca.

Ciekawe, że przy takim dobrobycie informacji system nauczania języków w szkołach nadal zdaje się mijać z celem. (Poprawcie mnie, jeśli się mylę..!) Poza nielicznymi nauczycielami-pasjonatami, którzy stosują ciekawsze i skuteczniejsze metody, znaczna większość każe Wam pewnie – jak za moich czasów – wkuwać słówka na pamięć i uzupełniać zeszyciki ćwiczeń, zamiast zmuszać do wyjścia ze skorup i mówienia, mówienia i jeszcze raz mówienia.

Mając takich, a nie innych nauczycieli uczyłam się angielskiego, drukując i tłumacząc sobie teksty piosenek Spice Girls. 🙂 I korespondując: najpierw z nieznajomymi “penfriendami” zza oceanu (sprawdzałam wtedy w słowniku mniej-więcej każde słowo), a potem z przystojnymi Włochami poznanymi na wakacjach. Niemieckiego nauczyłam się “w praniu”, na uczelni. (Nigdy nie zapomnę pierwszego wykładu z historii muzyki. Nie rozumiałam NICHTS.) No i miałam chłopaka Niemca, który w którymś momencie przestał ze mną rozmawiać po angielsku – genialne posunięcie pedagogiczne 😉 . Teraz rozszerzam swoje angielskie słownictwo o terminy muzyczne, a w wolnych chwilach namiętnie słucham darmowego podcastu na iTunes, który bezboleśnie porządkuje mi w głowie mój marny włoski. I staram się zamienić parę słów in Italiano ze znajomym Makaroniarzem za każdym razem, gdy go spotkam.

Poniżej kilka mało naukowych, acz przetestowanych wskazówek, jak przyswoić sobie język obcy (tudzież wspomóc suchą, teoretyczną naukę w szkole).

Obowiązkowo:

  • Oglądaj filmy w danym języku. Z napisami. (Absolutny zakaz filmów z lektorem/dubbingiem!!!) A najlepiej: raz z napisami i po raz drugi bez napisów. Poza wchłanianiem języka, nauczysz się czegoś o kulturze i zwyczajach danego kraju.
  • Czytaj. Książki, gazety, czasopisma, bajki dla dzieci, notki i artykuły w Internecie, statusy znajomych na Facebooku. Nie musisz tłumaczyć sobie każdego słowa – z biegiem czasu coraz więcej będziesz rozumieć z kontekstu i poprzez porównanie.
  • Słuchaj piosenek w danym języku. Do znudzenia. Znajduj w Internecie ich teksty i próbuj zrozumieć. Śpiewaj razem z nimi: utrwalą Ci się całe zwroty. (Chciałabym móc dodać, że klasyczne pieśni, arie, opery itp. też są super – niestety wydaje mi się, że poza tymi w języku włoskim, raczej nie są. Większość innych języków śpiewacy muszą modyfikować, by wspomóc ich rezonans… Angielski jest tu najlepszym przykładem – ten w operze nie ma nic wspólnego z tym mówionym, nawet, gdy wykonawcy są anglojęzyczni.)
  • Podróżuj. Łap każdą okazję, by pobyć trochę za granicą (ważne: z dala od Polonii!!!) lub wśród ludzi posługujących się językiem, którego się uczysz. Słuchaj uważnie; nie przechodź na angielski (chyba że to angielski jest na celowniku 🙂 ); próbuj się porozumieć – nawet, jeśli znasz tylko kilka słów!!!…
  • Nawiązuj znajomości z kolegami z innych krajów i bądź z nimi w kontakcie mailowym, SMSowym czy Facebookowym. Proste „co słychać” sprowokuje odpowiedź w tym samym języku, co z kolei zmusi Cię do jej przetłumaczenia i zrozumienia (a najlepiej i do kontynuowania korespondencji w języku znajomego) – stąd do nauki jeden krok!
    Inne miejsce do pisania (lub świetna opcja, gdy nie masz zagranicznych kolegów) to portale językowe typu Italki. Masz forum, piszesz, a nauczyciele lub native speakerzy korygują!
  • Słuchaj językowych podcastów (a dla bardziej zaawansowanych – audiobooków czy radia!). Osobiście uwielbiam Coffee Break (Italian), ale założę się, że jest mnóstwo innych fantastycznych darmowych materiałów w Internecie. Najbardziej lubię w nich to, że można ich słuchać w samochodzie (pociągu/tramwaju/autobusie/na spacerze) lub wykonując bezmózgie czynności domowe typu sprzątanie czy gotowanie: pieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu…!

Generalnie rzecz biorąc, Internet jest dziś absolutną kopalnią wiedzy, jeśli chodzi o języki. Nie rozumiesz zagadnienia gramatycznego? Zapytaj doktora Google. Chcesz posłuchać prostej konwersacji na przerobiony właśnie temat? Zajrzyj na YouTube. Są też całe kursy językowe w formie najróżniejszych programów online. Korzystaj!…

…I jeszcze kilka pomysłów dla bardziej zdeterminowanych 😉

  • Przestaw język w telefonie (czy na komputerze itp.) na ten, którego się uczysz. (Z przyzwyczajenia będziesz wiedzieć, gdzie co jest, nawet nie rozumiejąc nic a nic!)
  • Poprzyklejaj na meblach itp. karteczki z ich nazwami w danym języku.
  • Poczytaj o narodowych potrawach w danym kraju. Próbuj ich wszystkich, gdy tam jesteś. Znajdź przepisy (prawdziwe, w danym języku!) i przyrządzaj dania według nich u siebie.
  • Zapisz się do klubu językowego, jeśli taki istnieje tam, gdzie mieszkasz (nie przerabiałam).
  • Bierz lekcje od native speakera, jeśli masz taką możliwość. (W sumie dziś każdy ma, przez Internet!…)
  • „Zalajkuj” językową stronę (albo stronę z wiadomościami z danego kraju, itp.) na Facebooku. Będzie Ci spontanicznie dawkować język w małych porcjach.

…Nie mogę się oprzeć i napiszę również, co jest moim zdaniem stratą czasu, gdy uczymy się języka.

Nie warto:

  • wkuwać słówek…
    …bez kontekstu.
    Gdy któreś będzie Ci potrzebne w krytycznej sytuacji – daję głowę o to, że nie będziesz mógł go „odkopać”. Ucz się ZDAŃ. ZWROTÓW. Wtedy użyte w nich słówka będą miały sens i zastosowanie i, co najważniejsze, prawdopodobnie zostaną Ci w głowie!
  • uczyć się zasad gramatycznych na pamięć…
    …w celach innych niż zaliczenie klasówki 😛 .
    Osobiście nie cierpię (!) gramatyki. Tj. klepania jej zasad. Uważam, że jeśli otaczamy się językiem (przez co rozumiem słuchanie, czytanie i posługiwanie się nim) i czynimy to inteligentnie (czyli aktywnie myśląc, słuchając ze zrozumieniem, wyłapując elementy nowe i nieznane, porównując), to gramatyczne reguły przyswajają się same, w praniu. I niepotrzebna jest żadna wiedza teoretyczna, by je po jakimś czasie poprawnie stosować.
    Sytuacja oczywiście jest trudniejsza, gdy nie mamy okazji pobyć w kraju posługującym się danym językiem. Wtedy pamiętajmy, by ucząc się jakiejkolwiek reguły (tudzież nowego czasu itd.) ułożyć sobie (i zanotować, i powtarzać na głos!) tyle przykładów, ile jesteśmy w stanie. Oraz szukać jej zastosowań. W tekstach, filmach, piosenkach. Musimy ją przetrawić, oswoić, zastosować: nie tylko wkuć!…

Podsumowanie?

OTACZAJ SIĘ JĘZYKIEM, wykorzystując wszystkie sposoby, zmysły i pomysły.
Nauka z męczącej stanie się fascynującą, a efekty będą widoczne.

…A przy okazji poprawisz swoje notowania jako muzyk. 😉

Demencja orkiestrowa

string_music_and_pencil_notes

źródło: broomfieldsymphony.org

Jedną z szerzej rozpowszechnionych przypadłości orkiestrowych zdaje się być zanik zdolności samodzielnego myślenia. Występuje, odnoszę wrażenie, niezależnie od poziomu artystycznego, stopnia motywacji czy dyscypliny danej grupy.

Główny objaw tej choroby to bujanie w obłokach (?) do czasu, gdy w pulpicie z przodu pójdzie w ruch ołówek. Tu następuje nerwowe kopiowanie wszystkiego, co zanotują koledzy. Dyrygent może sobie gadać zdrów o dynamice czy artykulacji, koncertmistrz może do woli zmieniać smyczki – informacja dotrze do osoby zainfekowanej dopiero wtedy, gdy pojawi się w nutach w poprzednim pulpicie. Tj. dotrze jej interpretacja wg. kolegów z przodu. W niezmienionej wersji. Tymczasem nierzadko dałoby się zanotować ją w sposób znacznie bliższy artystycznej intencji, gdyby uruchomić pomyślunek. Nierzadko można byłoby wychwycić daną informację dużo wcześniej – gdyby mieć kontakt (wzrokowy i słuchowy) z dyrygentem i prowadzącym sekcji. Nierzadko, ponadto, sama informacja (tudzież notatka u kolegów z przodu) bywa tak oczywista, że wręcz szkoda bazgrać po nutach – zwykła przytomność umysłu i podstawowy instynkt muzyczny wystarczyłyby w zupełności… (Tu zbliżamy się do innego schorzenia, jakim jest zapisywanie WSZYSTKIEGO co usłyszymy, zauważymy, pomyślimy – biada bibliotekarzowi, któremu przyjdzie wygumowywać te mazgaje z nut przed ich odesłaniem…! Nie wspominając o stanie intelektu tych, którzy odmawiają mu – intelektowi – najmniejszego wysiłku.)

Mam nadzieję, że mnie to choróbsko nigdy nie dopadnie.

😉

Brak natchnienia do ćwiczenia?

źródło: Rudolf Koelman, ex-prof :)

źródło: Rudolf Koelman, ex-prof 🙂

Są takie dni, gdy sięgnięcie po instrument jest ostatnią rzeczą, na którą mamy ochotę, prawda…? Mi przytrafiają się one najczęściej dokładnie wtedy, gdy po intensywnym, męczącym okresie mam wreszcie czas (i zamiar) skupić się i spokojnie, porzadnie poćwiczyć. Ryczę wtedy i krzyczę i nic konstruktywnego nie robię… Tymczasem istnieją czynności, które mogą się okazać równie pożyteczne jak czas z instrumentem, zmotywować do działania (czyt. grania) lub… są po prostu lepszym sposobem spędzania czasu niż obwinianie się o lenistwo lub gniewne łamanie smyczka o podłogę (przerobione!).

Zainspirowana przypadkowo znalezionym wpisem na blogu anglojęzycznej flecistki pomyślałam, że zrobię sobie listę takich działań alternatywnych, czyli:

Jak być produktywną/kreatywną/zrobić coś pożytecznego, gdy powinnam ćwiczyć, ale jestem zbyt zmęczona/boli mnie ręka/nie chce mi się! 🙂

…no to jedziemy:

  • Usiądź z nutami programu (orkiestrowego, kameralnego) czy utworu, który musisz opanować i go przesłuchaj, śledząc dokładnie swoją partię.
  • Poczytaj inspirującą książkę.
  • Napisz artykuł na bloga! 😉
  • Idź na jogę.
  • Upiecz/ugotuj coś pysznego.
  • Obejrzyj koncert/wywiad/film/dokument o “muzycznej” tematyce.
  • Idź na spacer, słuchając szumu fal lub śpiewu ptaków – a jak jesteś w mieście, to czegoś ciekawego w słuchawkach.
  • Odpisz na maile. Napisz prawdziwe, treściwe listy.
  • Posprzątaj, zrób pranie, prasowanie itp., słuchając fajnego podcastu.
  • Połóż się i posłuchaj czegoś pięknego, wpatrując się w sufit.
  • Zamów w internecie struny, nuty, czy czego tam akurat potrzebujesz.
  • Znajdź najlepsze nagranie utworu, nad którym pracujesz.
  • Nagraj płytę z nadchodzącym programem orkiestrowym (kameralnym/konkursowym/przesłuchaniowym… 🙂 ) do słuchania w samochodzie (lub ściągnij go na telefon).
  • Zapłać rachunki itp.
  • Pójdź pobiegać.
  • Poćwicz chops/poimprowizuj/pograj standard jazzowy -> pobaw się instrumentem w kreatywny sposób, bez nut i myślenia o sprawach technicznych!
  • Zrób porządnie i powoli (!) relaksację Jacobsona.
  • Włącz na cały regulator jakąś superpozytywną płytę i daj się ponieść nogom.
  • Posłuchaj/poczytaj czegoś muzyczno-edukacyjnego (np. audiobooka o kompozytorze; artykuł w Internecie).
  • Przesłuchaj nagranie z ciekawej lekcji z dobrym profesorem.
  • Wyśpij się. Połóż się wcześniej lub zdrzemnij w ciągu dnia.
  • Odrób lekcje. Naucz się na sprawdzian/egzamin/kolokwium z niemuzycznego przedmiotu. 🙂

Macie inne pomysły?

Negatywnie.

Nie chce mi się pisać o muzyce.

Nie chce mi się pisać – uczyć – ćwiczyć – przygotowywać – wykonywać – zaliczać – odhaczać – realizować.

Chce mi się… czytać. Słuchać. Grać. Kochać. Śmiać się. Płakać. Żyć.

Muzycy – a może to mówiący dziwnym językiem mieszkańcy miejsca, w którym przyszło mi spędzać kolejny rok uciekającej młodości? – zamknięci są, mam wrażenie, w mydlanej bańce swoich ambicji i stresów. Co gorsza – wyimaginowanych. Z dala od prawdziwych problemów świata; z dala nawet od zwykłych ludzkich emocji. Praca – ćwiczenie – jedzenie – spanie. Byleby był progres. Byleby się ktoś nie okazał lepszy!…

Na drzwiach którejś z uczelnianych sal znalazłam ostatnio kartkę z cytatem (nie wiem, czyim): “jeżeli sam nie będziesz wzruszony, to nie masz szans wzruszyć publiczności”. Tymczasem studenci muzyki to chyba najmniej skłonna do wzruszeń grupa wśród moich znajomych. Ale jak tu rozwijać wrażliwość, gdy nie ma się kontaktu z dziećmi, ze starymi ludźmi, z przyrodą, ze sztuką inną niż nasza, z literaturą – a zamiast tego siedzi zamkniętym w ćwiczeniówce i pielęgnuje swoje kruche, “artystyczne” (akurat) ego…?

***

[ Zawsze myślałam, że gdybym od początku miała dobrego, wymagającego profesora, to bym dziś za*biście grała i ogólnie by był git. W końcu spełniło się moje marzenie, a z nim – zachwiała miłość do grania. Miłość rozwinięta u boku lekko olewczych nauczycieli, którzy byli mili nawet, gdy rzempoliłam głupoty, i nie potrafili rozwiązać problemów technicznych. Teraz wiem dokładnie, co mam robić – i szlag mnie trafia, bo ta (…egoistyczna!) gonitwa za ideałem to nie jest prawdziwe życie (a już z inspiracją nie ma nic wspólnego). Leń ze mnie? Nie najgorszy. Nie dość tego chcę?… To już bardziej prawdopodobne.

Ehh. Podobno każdy przełom poprzedza kryzys. No więc… oby się jakiś czaił za rogiem. Przełom, znaczy. Kryzys już jest. ]

El Sistema

źródło: elsistema-film.com

źródło: elsistema-film.com

Chciałabym krótko i węzłowato namówić Was do obejrzenia fantastycznego filmu dokumentalnego.

El Sistema to pojęcie, którego znajomość jest w dzisiejszych czasach obowiązkowa, szczególnie dla tych wśród nas, którzy uczą lub mają taki zamiar.

To program, który – zaryzykuję – zmienia świat (a przynajmniej niektóre jego rejony).
W niespełna 40 lat odkąd José Antonio Abreu (wenezuelski ekonomista, dyrygent, pianista, nauczyciel i polityk) powołał system do życia, Wenezuela z kraju, który miał dwie kiepskie orkiestry przerodziła się w muzyczną potęgę, produkującą takie gwiazdy jak Gustavo Dudamel, takie zespoły jak Simon Bolivar Youth Orchestra…

Dziesiątki państw na całym świecie próbują naśladować El Sistema, z mniejszym lub większym powodzeniem.
Osobiście miałam przyjemność zaobserwować wersję nowozelandzką oraz początki szwajcarskiej (i przy nich trochę popracować; w ten sposób zetknęłam się po raz pierwszy z tematem). W obu wypadkach są to projekty bardziej socjalne niż muzyczne; niewielki nacisk na jakość (technikę instrumentalną, poprawność wykonań) sprawia, że (jak na razie!) daleko im do południowoamerykańskich wzorców.

Wróćmy jednak do filmu (nie chcę pisać zbyt dużo; warto samemu doświadczyć, czym jest Sistema…): to przepięknie zrealizowany dokument, który infomuje, ale przede wszystkim – porusza i inspiruje. I można go obejrzeć na YouTube!… A zatem przygotujcie sobie gorącą czekoladę, podłączcie najlepsze głośniki i usiądźcie wygodnie… 🙂

(kolejne części bezpośrednio na YouTube!)