Found on the Internet…

David Ackert, Backstage Magazine:

“Singers and Musicians are some of the most driven, courageous people on the face of the earth. They deal with more day-to-day rejection in one year than most people do in a lifetime. Every day, they face the financial challenge of living a freelance lifestyle, the disrespect of people who think they should get real jobs, and their own fear that they’ll never work again. Every day, they have to ignore the possibility that the vision they have dedicated their lives to is a pipe dream. With every note, they stretch themselves, emotionally and physically, risking criticism and judgment. With every passing year, many of them watch as the other people their age achieve the predictable milestones of normal life – the car, the family, the house, the nest egg. Why? Because musicians and singers are willing to give their entire lives to a moment – to that melody, that lyric, that chord, or that interpretation that will stir the audience’s soul. Singers and Musicians are beings who have tasted life’s nectar in that crystal moment when they poured out their creative spirit and touched another’s heart. In that instant, they were as close to magic, God, and perfection as anyone could ever be. And in their own hearts, they know that to dedicate oneself to that moment is worth a thousand lifetimes.”

„Wokaliści i muzycy to najbardziej zdeterminowani, odważni ludzie na świecie. W jednym tylko roku radzą sobie z większym odrzuceniem niż większość ludzi w ciągu całego życia. Każdego dnia mierzą się z finansowym wyzwaniem wynikającym z bycia freelancerem, z brakiem szacunku tych, którzy uważają, że powinni zabrać się za jakąś prawdziwą robotę i ze strachem o własną zawodową przyszłość. Każdego dnia muszą ignorować fakt, że to czemu poświęcili życie, może się okazać bańką mydlaną. Z każdą nutą napinają się emocjonalnie i fizycznie, ryzykując krytykę i osąd. Z każdym mijającym rokiem, wielu z nich patrzy jak rówieśnicy osiągają kolejne kamienie milowe normalnego życia – samochód, rodzinę, dom, oszczędności na koncie. Dlaczego? Ponieważ muzycy i wokaliści są gotowi poświęcić całe życie dla chwili, w której melodia, tekst, akordy, interpretacja poruszą duszę słuchacza. Wokaliści i muzycy to istoty, które skosztowały nektaru życia w tym krystalicznym momencie, gdy ich twórczy duch wylał się na słuchaczy i dotknął serc. W tym momencie są bliżej magii, Boga i doskonałości niż ktokolwiek inny. I w głębi serca wiedzą, że to właśnie jest warte poświęcenia choćby i tysiąca żyć.”

Piękne (choć trochę smutne) i prawdziwe słowa, prawda?…

Advertisements

4 thoughts on “Found on the Internet…

  1. Jakiś czas temu trafiłem na ten wpis. Zanotowałem go sobie i co jakiś czas do niego wracam gdy zastanawiam się nad swoim życiem. Zazwyczaj wtedy gdy nie mam motywacji do ćwiczenia i pracy na miarę swoich mozliwości. Sam jestem muzykiem, a właściwie to dopiero uczę się nim być w szkole muzycznej II st. Ta szkoła była moim marzeniem. Wiedziałem, że jesli już sie tam dostanę to szybciutko bedę się wspinał po drabinie kariery wspaniałego muzyka. I mimo wszelkich przeciwności zdobędę cały świat. Teraz kiedy już tutaj jestem, kiedy spełniłem swoje marzenie, nagle mam mnóstwo wątpliwości. Czy to jest napewno to czego chcę? Zaczyna się ten etap w moim życiu kiedy moi znajomi i rówieśnicy zaczynają sie żenić, mają samochody, kończą studia, idą do dobrej pracy, zakładają firmy… A ja gdzie jestem? W imię czego? I ta straszna samotność… Zadajesz sobie czasem takie pytania? Po ostatnich wpisach wydaję mi się, że tak. Czy jesli mogę spytać wierzysz, że to o czym pisze Ackert jest warte poświęcenia choćby i tysiąca żyć?

    • Cześć Bartek,

      wybacz, że dopiero teraz odpowiadam. Poruszyłeś bardzo delikatną kwestię; musiałam się porządnie zastanowić, co Ci odpisać. Bo choć uważam cytowane słowa za piękną ilustrację tego, co czyni nasz zawód tak wyjątkowym… to nie, z “poświęcaniem żyć” się zdecydowanie nie zgadzam. A przynajmniej nie zgadzam się poświęcać własnego życia, jeśli ma ono oznaczać frustrację i samotność.

      Nie jestem jednak pewna, czy to to miał na myśli autor. Jego tekst zdaje się być spojrzeniem z zewnątrz, z perspektywy “normalnych” ludzi, podążających tradycyjną, wytyczoną przez społeczeństwo ścieżką: studia – praca – rodzina – dom itd. (Choć oczywiście czasy się zmieniają, a z nimi styl życia kolejnych pokoleń – ale to temat na oddzielną dyskusję.) Dla nich nasz zawód może wydawać się szaleństwem: ćwiczymy dniem i nocą w świątek, piątek i niedzielę, studiujemy po 5, 7, 10 lat, a potem często i tak nie mamy stałej, pewnej pracy, tylko freelancujemy, nawet nie myśląc o nabytkach typu samochód czy dom. Co za tym idzie, na projekty typu małżeństwo i rozmnażanie decydujemy się znacznie później niż rówieśnicy. (Zastrzegam tu sobie prawo do subiektywnej generalizacji – nie mam danych statystycznych; powołuję się tylko i wyłącznie na własne doświadczenie i wieloletnie obserwacje.)

      Tylko czy to oznacza “poświęcanie życia”…?
      Jak dla mnie, nie.
      My, muzycy, po prostu “skosztowaliśmy nektaru życia w tym krystalicznym momencie, gdy nasz twórczy duch wylał się na słuchaczy i dotknął serc”. Ha. Co z tego, że nasi kumple zakładają rodziny i obejmują dyrektorskie stanowiska, gdy nigdy nie doświadczyli tej magii, co my?!…
      Osobiście wolę interpretować ten tekst nie jako: życie muzyków generalnie jest do d*, ale zdarzają się momenty, dla których warto się poświęcać; lecz: muzyków uszczęśliwia co innego niż “pospół”, nie potrzebują otaczać się dobrami materialnymi, mają odmienne cele i wartości, co innego jest dla nich ważne.

      Fakt, że czasami pracy i stresu jest tyle, że zapominamy, po co to wszystko. Fakt, że czasami trzeba zacisnąć zęby i przeżyć kilka tygodni, nie wychylając nosa z ćwiczeniówki. Takie okresy są w każdym zawodzie; u każdego, kto traktuje swoje zajęcie poważnie. Ważne, by po nich przeżyć ten “krystaliczny moment” i poczuć znów, że robimy to, co kochamy. Równie ważne, według mnie, by po takim wycieńczającym okresie odpocząć i odzyskać balans.

      Bo prawda jest moim zdaniem taka, że wszyscy pragniemy w życiu przede wszystkim szczęścia. Jednym wystarcza do niego sztuka, muzyka, ćwiczenie, koncertowanie. Znam takich ludzi. Dwóch czy trzech, może pięciu. Spośród kilkuset muzyków, których w życiu spotkałam. Dla większości śmiertelników “podkładem” do szczęścia jest jednak balans. Zdrowie. Ruch. Dobry pokarm dla ciała, duszy, intelektu. Czas dla siebie, na refleksję. Kontakt z naturą. Słońce. I (chyba przede wszystkim) budujące towarzystwo. Krąg ludzi, do których mamy zaufanie, którzy nas kochają, lubią, wspierają; z którymi możemy się śmiać i być sobą. Nie musi być ich wielu; nie muszą nawet być tuż obok – ważne, by mieć świadomość, że są.

      Większość “dołków” na mojej muzycznej drodze wynikała prawdopodobnie z zachwiań tego życiowego balansu.
      Szczęśliwym trafem jakiś czas temu udało mi się osiągnąć główny cel (dostać się do dobrej orkiestry) i w chwili obecnej mam czas i warunki odetchnąć. Piszę “szczęśliwym trafem”, bo wiem, że choć bardzo ciężko pracowałam i na to zasłużyłam, to wygranie przesłuchania zależy w ogromnej mierze od szczęścia. I, moim skromnym zdaniem – przeciwnym do tych, których przekonaniem jest, że trzeba mieć klapki na oczach i tylko ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, bo inaczej niczego się nie osiągnie (determinacja determinacją, jednak widziałam w życiu zbyt wiele rozczarowań, by propagować takie podejście) – musimy mieć plan B. A przynajmniej wachlarz umiejętności, który pozwoli nam przetrwać, gdy główny plan nie wypali.

      Co zrobisz, jeśli nie wygrasz żadnego z konkursów, do których się przygotowujesz? Jeśli w ciągu najbliższych 5 lat (czy ile tam sobie dasz) nie dostaniesz się do wymarzonej orkiestry? Jeśli Twoim zespołem nigdy nie zainteresuje się żadna wytwórnia? Jeśli kwartet rozsypie się w szczytowym momencie…?
      Warto zadawać sobie takie pytania i mieć wybór, wiedząc, że muzyka to to, czym CHCEMY się zajmować – a nie MUSIMY, bo nie potrafimy robić nic innego.

      Realia są niestety takie, że uczelnie muzyczne na całym świecie produkują zbyt wielu instrumentalistów (z których wszyscy potrafią bardzo dobrze grać, ale zwykle nic poza tym) w stosunku do możliwości zatrudnienia. Co nie znaczy, że skazani jesteśmy na pracę w McDonaldzie.
      Nastała nowa era, w której ważne są umiejętności takie jak przedsiębiorczość, autopromocja, management, nawiązywanie kontaktów, organizowanie koncertów, kreatywność, wychodzenie światu naprzeciw i szukanie możliwości – a nie bierne czekanie, aż ktoś nas odkryje i wypromuje (lub po prostu zatrudni). W dobie internetu i galopującej technologii możemy sami nagrywać płyty, pozyskiwać słuchaczy itd., itp., etc. Wszystko to stanowi wyzwanie, ale zarazem sprawia, że muzyka może być nie bańką mydlaną, ale sposobem na ciekawe, spełnione życie.

      …To, co mnie zastanawia (i trochę martwi) w Twoim komentarzu to sformuowania takie jak “drabina kariery” czy “zdobywanie świata”. To… chyba nie jest właściwa motywacja, Bartek. Nie w tym zawodzie. W muzyce NIGDY nie ma gwarancji sukcesu (sukcesu w najczęstszym rozumieniu: sławy, kasy. Bo oczywiście “sukces” dla każdego może oznaczać coś innego). A już kariera “światowa” to w ogóle mrzonka… Przytrafia się jednemu na milion, przy ogromnej dawce samozaparcia, poświęcenia, pracy dniami i nocami – i jeszcze większej: szczęścia, znajomości, ustawienia, predyspozycji fizycznych (i wizualnych!) itd.

      Nie trzeba jednak zdobywać świata, by być szczęśliwym muzykiem. (Choć można go zwiedzić! Sama wyłącznie dzięki skrzypcom obleciałam kilka kontynentów. Muzyka od zawsze była dla mnie oknem na świat – początkowo tylko to motywowało mnie do tego, by grać dalej!…) Grunt, by kochać to, co robimy (tudzież robić to, co kochamy 😉 ). I wkładać w to serce (bo tylko wtedy będziemy przekonujący). I mieć mocny kręgosłup!… (Krytyka i osąd są normalne w tej profesji. Musimy “wypracować twardą skórę”, jak mówią po angielsku, i zaufać sobie.)

      Poza tym – warto nabywać inne umiejętności, muzyczne i niemuzyczne. Zdobywać nowe doświadczenia. Uczyć się – ale też uczyć innych, zwłaszcza, że nauczyciel to najbardziej realna perspektywa zawodowa każdego instrumentalisty (a zarazem ogromnie satysfakcjonujące zajęcie…!).
      Warto również otaczać się ludźmi myślącymi podobnie. Zapobiegnie to dołującym porównaniom (patrz: Ackert).
      I na koniec – mieć dystans. Do siebie, do świata. Nie brać wszystkiego super serio. Dystans i poczucie humoru to skuteczny lek na wiele niepowodzeń. 😉

      …Osobiście wiem, że mogłabym robić w życiu coś innego i też być szczęśliwa, ale w tej chwili kocham granie w orkiestrze i chcę wykonywać ten a nie inny zawód. “W tej chwili” – bo wszystko może się zmienić, i mam nadzieję, że w momencie, gdy zacznę przeklinać swoją pracę, będę miała dość odwagi, by zrobić w życiu rewolucję i zająć się czymś innym.
      Póki co jednak widzę przed sobą wiele różnorodnych, acz muzycznych możliwości (totalna rewolucja przez jakiś czas raczej nie będzie konieczna). Mam nadzieję, że Ty też je dostrzeżesz i znajdziesz w ten sposób prawdziwą, wewnętrzną motywację do grania i nauki.

      Trzymam kciuki. I pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

  2. Pingback: Muzyka kontra życie. | Zawód: muzyk?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s