Podbródek SAS

large_adj

źródło: caswells-strings.co.uk/shop

Jako posiadaczka żyrafiej (…czy tam łabędziej…) szyi i chudych, spadzistych ramion regularnie eksperymentuję z żeberkiem i podbródkiem, szukając zestawu idealnego.

Od jakiegoś czasu mam na celowniku podwyższone podbródki.
Pomysł narodził się w związku z genialnym odkryciem, iż skrzypce powinny spoczywać na obojczyku, a nie dyndać w powietrzu uniesione do nieba przez żeberko (czemu nikt mi o tym nie powiedział w szkole muzycznej??)…
Najpierw obniżyłam całą konstrukcję (opuszczając instrument na obojczyk) i kombinowałam z “normalnymi” podbródkami, raz umiejscowionymi po boku, raz centralnie, raz w połowie drogi. Odległość od mojej głowy do skrzypiec była jednak w tym układzie zbyt duża i przyczyniała się do nadmiernych wygibasów szyi i ramion, gdy musiałam jej użyć do przytrzymania instrumentu.
Pierwszym “krokiem w górę” było “podbudowanie” Flescha (tj. podwyższenie go o ok. 2 cm poprzez doklejenie u lutnika dodatkowego kawałeczka drewna). Całość okazała się masywna i ciężka, a centralny układ podbródka przestał mi w tej kombinacji odpowiadać (szczególnie w połączeniu z jego płaskim kształtem).
Marzyłam o czymś, co można byłoby ustawić pod pewnym kontem (w końcu żuchwę mam znacznie wyżej od brody, więc aby móc trzymać głowę prosto, przydałoby się coś nieco wyższego z lewej… itd. – myślałam 🙂 ), pokombinować z regulacją…
No i jakiś czas temu wygrzebałam w internecie SAS.

Podbródek produkcji słoweńskiej, autorstwa tego samego pana, który robi dość popularne żeberka Augustin. Ja zamówiłam swój z Ameryki, razem z jakimiś strunami (łączona przesyłka wychodziła taniej).

SAS produkowany jest w 4 różnych wysokościach i z 4 gatunków drewna do wyboru; dla skrzypiec i altówki. Ma jedną (!) złoconą nóżkę, która zadziwia stabilnością. Kształt jest mało standardowy – niewielka, podłóżna powierzchnia, trochę przypominająca półmisek. I teraz najlepsze: regulacja. Po pierwsze – nóżka, którą można przykręcić, gdzie nam się podoba, a więc mieć podbródek mocno z lewej, bliżej strunnika lub też zupełnie nad nim.

photo(4)photo(2)photo(3)

Po drugie: kąt. Fantastyczny pomysł z montażem pozwalającym na jego regulację za pomocą mini-śrubokrętu (dołączonego do zestawu).

photo(5)photo(1)

Skórka izolująca nóżkę (…czy tak to się w ogóle nazywa? 🙂 ) podbródka od instrumentu jest bardzo cienka i nie trzyma się zbyt dobrze, kropla Super Glue załatwia jednak tę sprawę, a najlepiej przykleić kawełek nieco grubszej skóry lub korka.

Jak już wspomniałam, nóżkę tę powleczono złotem. Teoretycznie jest więc antyalergiczna, co było jednym z głównych powodów, dla których zamówiłam SAS. I rzeczywiście, przez wiele miesięcy nie miałam najmniejszych problemów z moją (mocno dokuczliwą) alergią na nikiel itp. Albo jednak alergia ta się okresowo rozszerza o metale szlachetne 😉 (srebro – już dawno, ale złoto to nowość…), albo powłoczka jest bardzo cienka lub nienajlepszej jakości, bo od czasu do czasu problem wraca (ostatnio ze zdwojoną siłą). Lepszym rozwiązaniem byłaby więc może zwykła antyalergiczna nóżka z tytanu, choć trzeba przyznać, że złoto nadaje podbródkowi bardzo elegancki wygląd! 🙂

…A jeśli mowa o wyglądzie – niskie ukłony dla autora, ogólnie ujmująć. 😉 Podbródek jest naprawdę ładny!! I mimo swojej – mogłoby się wydawać, trochę ekstremalnej (mam 35mm!) – wysokości absolutnie nie prezentuje się topornie i dziwnie; mało kto zauważa, że w ogóle jest wyższy.

Nie jestem pewna natomiast, czy każdemu będzie odpowiadać płaska powierzchnia, która niewiele ma wspólnego z kształtami, do jakich większość z nas przywykła.

Dla mnie osobiście SAS to może jeszcze nie absolutny ideał, lecz zdecydowanie duży krok naprzód w porównaniu z poprzednimi podbródkami. Gra mi się o wiele wygodniej; na pewno nie wrócę do tych zupełnie niskich. Nadal niecierpliwie czekam na Kreddle – zobaczymy, czy wygra z SASem 🙂 !…

Podsumowując – plusy:

  • regulacja, regulacja, regulacja!
  • lekkość
  • antyalergiczność
  • bardzo estetyczny wygląd
  • nowatorskie rozwiązanie z montażem na jednej tylko “nóżce”

minusy:

  • przykręcany po lewej stronie strunnika – asymetryczny ucisk instrumentu (długoterminowo mniejszym złem są podbródki z jedną “nogą” po jednej, a drugą po drugiej stronie)
  • nietypowy kształt
  • sporadyczne poluzowanie śrubki regulującej kąt ustawienia podbródka, który się wtedy odrobinkę chybocze 🙂 (co nie przeszkadza jednak w grze i jest łatwe do poprawienia).

Zachęcam smyczkowców (również tych młodych – sama muszę włożyć jeszcze sporo pracy w wykorzenienie złych nawyków powstałych w pierwszych latach gry…) do obserwowania swojej postawy i poszukiwań. Nauczycielom trudno jest w tej sprawie pomóc, bo nie wejdą w nasze ciało – a że każde ciało jest inne, to nie ma uniwersalnego patentu na pasujący każdemu zestaw…

Miłych eksperymentów życzę 🙂

M.

Advertisements

Film!

a-late-quartet-posters_1

źródło: moviebuzzers.com

Napisałam w życiu jedną jedyną recenzję filmową i tylko dlatego, że musiałam. Na język polski w gimnazjum. 10 lat temu. Czyli nie umiem. Co gorsza, nie znam się na filmach.

A jednak… pojawił się ostatnio taki, o którym czuję się zobowiązana wspomnieć. Choć słowem. Bez pretensji do określania tego wpisu zaszczytnym mianem recenzji…

“A Late Quartet” (USA, 2012; z tego co mi wiadomo, film nie dorobił się polskiego tytułu) Yarona Zilbermana to film o… kwartecie. “Późnym”, bo z długim stażem – The Fugue ma już 25 lat.

Na krótko przed jubileuszowym tournee wiolonczelista Peter (Christopher Walken) dowiaduje się, że ma chorobę Parkinsona. Grający partię drugich skrzypiec Robert (Philip Seymour Hoffman) przeżywa kryzys wieku średniego, co odbija się m.in. na jego małżeństwie z altowiolistką, Juliette (Catherine Keener). Pierwszy skrzypek, Daniel (Mark Ivanir), zakochuje się natomiast w niewłaściwej osobie….
Samo życie!
W obliczu tylu problemów na raz (nie chcąc zdradzić zbyt wiele, mocno okrajam zarys fabuły) grupa staje jednak na krawędzi rozpadu.

Początek filmu zapowiada nostalgiczny melodramat. Na szczęście akcja rozkręca się nieco, nie brakuje też elementów komediowych.

Rzecz dzieje się w Nowym Jorku zimą. Odwiedzamy stylowe mieszkania, charakterystyczne uliczki, Central Park, salę koncertową Metropolitan Museum of Arts i inne, malowniczo uchwycone miejsca.

Świetna muzyka wzbogaca całość, nie będąc (jak możnaby oczekiwać) jej głównym składnikiem: w centrum stoją ludzie i ich relacje.

Jak w typowej komercyjnej produkcji mamy tu miłość i zdradę, śmiech i łzy, kryzys i (jako tako) szczęśliwe zakończenie.

Nietypowy jest główny bohater: kwartet smyczkowy.

Zobrazowanie gry zespołu w sposób wizualnie wiarogodny się, co prawda, nie udało (ale który reżyser, który aktor tego kiedykolwiek dokonał…?) i aby nacieszyć się 14. Kwartetem Beethovena (“podkładanym” przez Brentano String Quartet), trzeba zamknąć oczy (dosłownie!!).

Pomimo tego film wywarł na mnie spore wrażenie. Z tej prostej przyczyny, iż… jest on o nas.
Muzyka klasyczna płynąca z głośników, poszukiwania kalafonii, dyskusje na temat smyczków, kłótnie podczas próby… a nawet wątek poruszający problematyczną kwestię zakupu instrumentu.

Rzadko – jeśli kiedykolwiek – miałam okazję oglądać coś tak bliskiego “muzycznej” codzienności. Dziwne uczucie. Moja–nasza rzeczywistość, nagle przeniesiona na ekran (!), i to w sposób ogołocony niemalże z całej tej magii, otoczki artyzmu, z jakimi zwykle ukazuje się muzyków… Trochę smutny to obraz!
Obok minusów naszej profesji, ukazanych dość dosadnie, mamy tu jednak również piękny wgląd w motywy i uczucia, jakie kierują człowiekiem przy wyborze tej właśnie kariery.
Ciekawe, bardzo ciekawe!… Również dla nie-muzyków – film się generalnie świetnie ogląda (sama widziałam go z matematykiem – był zachwycony), a przy okazji może nas ciut lepiej zrozumieją. 😉

Zachęcam. Bo choć “Late Quartet” nic wielkiego nie wnosi, a z pewnością nie jest arcydziełem kinematografii, to… porusza, co stanowi wystarczający powód, by się z nim zapoznać. 🙂

Paris, Paris

-1

…Dziś wpis z nieco innej beczki. Chciałabym opowiedzieć o paryskich odkryciach, które poczyniłam dopiero będąc po raz enty w tym pięknym mieście. Odkryciach natury muzycznej – choć nie tylko dla muzyków!…

Niespodzianka nr 1: Opera.

garnier

źródło: commons.wikimedia.org

Otóż okazuje się, że spektakl w przepięknym (!!!) Pałacu Garnier (który – jako zabytek i jeden z najsłynniejszych przybytków operowych na świecie – za dnia zwiedzany jest przez pielgrzymki turystów, oczywiście za odpowiednią opłatą*) zobaczyć można już za 10 Euro…!
Tyle mianowicie kosztują tzw. miejsca bez widoku. (Co nie jest prawdą…!) Bilety w tej cenie sprzedawane są normalnie, jak wszystkie inne (a nie np. wyłącznie na godzinę przed spektaklem**), możemy więc je kupić bezstresowo, kilka dni (tudzież godzin 😉 ) przed widowiskiem. Najłatwiej to uczynić bezpośrednio w kasie operowej.

Instrukcja obsługi takiego biletu:

  1. Przybywamy do Palais odpowiednio wcześniej, by go w spokoju zwiedzić: w przerwie nie będziemy mieli dość czasu, a po przedstawieniu budynek jest bardzo szybko zamykany.
  2. Siadamy na wskazanych miejscach, jak należy. (Do czasu. 😉 )
  3. Przygotowujemy kartkę papieru i coś do pisania, tak by mieć je pod ręką.
  4. Podczas uwertury uważamy, by nie wyginać szyi – będzie na to czas.
  5. Oglądamy spektakl – skręt szyi nieunikniony 😉 .
  6. Poczuwszy pierwsze ukłucie bólu, przystępujemy do pierwszego etapu bojowego zadania: odwracamy głowę w drugą stronę i obiegamy wzrokiem parter i pierwszy (niski, na poziomie sceny) balkon. Staramy się wychwycić czarne punkty: to czekające na nas wolne miejsca…!
  7. Oglądamy spektakl.
  8. Czynimy dalsze obserwacje, tym razem dokładniej: rejestrujemy, gdzie konkretnie czarne punkty się znajdują. Czytaj: liczymy, który rząd, które miejsce, z której strony… itd., itp.
  9. Oglądamy spektakl.
  10. Zadanie bojowe – etap drugi, najważniejszy (!): wyciągamy kartkę i długopis i notujemy (dokładnie!!!) targety. (Nasze skrajne miejsca pod sufitem doskonale się do tego nadają. 😉 ) Przykładowo: “parter, 8. rząd, 2 miejsca z brzegu od prawej” / “balkon, ostatni rząd pod ścianą, pojedyncze miejsce pod kolumną z lewej” / parter, 6. rząd od końca, miejsca 12 i 13 (13 i 14? spytaj)” / “balkon, ostatni rząd, miejsca 3,4, (7?), 8-… (min. do 17)”… itd.
  11. Oglądamy spektakl 😉
  12. Upewniamy się 2 razy co do dokładności naszych notatek!
  13. …przerwa! 🙂
  14. Zadanie bojowe – etap trzeci! Po szybkim załatwieniu ewentualnych potrzeb fizjologicznych czy krótkim spacerku po budynku (który jednak najlepiej odbyć PRZED przedstawieniem – patrz punkt 1.), udajemy się na parter/niski balkon (gdziekolwiek znajdują się nasze pożądane miejscówki; najlepsze miejsca to ten pseudo-balkon!) – i, krótko mówiąc, zajmujemy je. Zasady ogólne: działamy na czas, bo nie jesteśmy sami w dążeniu do lepszych siedzeń na 2. połowę 😉 (chociaż, im mniej skrajne, mniej “oczywiste” miejsca, tym niższe prawdopodobieństwo, że ktoś jeszcze będzie na nie reflektował. Nie to co my, zanotowawszy wszytko dokładnie… 😉 ); ponadto jest możliwe, że goście, którzy nie zdążyli na 1. część, przybędą jednak na drugą i wyproszą nas z dopiero co zdobytych miejsc – warto mieć więc czas na znalzienie innych. Kierujemy się uprzednio sporządzoną mapką, lecz nie zapominamy o powszechnej mądrości: koniec języka za przewodnika! Nie wszyscy wychodzą na przerwę i prawie na pewno w rzędzie za nami będzie siedzieć kilka osób, które warto dla pewności zagadać: “To miejsce było wolne, prawda…?”.
  15. Enjoy. 🙂 To niesamowite uczucie, siedzieć w samym środku, na poziomie sceny (tak nam się właśnie udało), na miejscach w cenach rzędu 200 Euro 😉 . No i, co najważniejsze, teraz można w pełni skoncentrować się na scenie, akcji, muzyce!… (…A w ramach ćwiczeń “odkręcających” zmęczoną po części pierwszej szyję – podziwiać malowidła Chagalla na suficie.) 🙂

photo(18)

photo(17)

Podsumowując, mam chęć napisać: nie wolno tego przegapić.

…I jeszcze ciekawostka: w Musee d’Orsay znajduje się imponująca makieta Pałacu Garnier. To perfekcyjny trójwymiarowy model, z zachodowaniem proporcji i detali; ukazujący zarówno fasadę, jak i wnętrze budynku (jest on “przekrojony” w środku). To po obejrzeniu (…lub raczej dłuższym studiowaniu; widok jest fascynujący – nie mogłam się oderwać) tego modelu stwierdziłam, że trzeba by jeszcze pójść do opery.
🙂

Druga z paryskich rewelacji to Rue de Rome.

pizap.com13628443669301

źródła: untappedcities.com / gavroche-pere-et-fils.fr / vatelot-rampal.com

Jedno z niewielu miejsc na świecie, w których przy jednej ulicy ciśnie się kilka tuzinów sklepów muzycznych, a przede wszystkim– warsztatów lutniczych.

RdRmap

Można tu wypróbować setki instrumentów we wszystkich kategoriach cenowych, wyrobić ekspertyzę u najbardziej cenionych specjalistów, nabić smyczek, nabyć nuty, kupić gitarę… 😉 Czego dusza zapragnie.
Jeśli chodzi o ceny, to są one, wydaje mi się, stardardowe europejskie. Nie najniższe, bo to Paryż (duże ośrodki są zawsze droższe od prowincji); nie najwyższe, bo za każdym rogiem czeka konkurencja.
Jeśli szukamy skrzypiec, wiolonczeli czy altówki, warto spędzić tam kilka dni i po prostu pochodzić po sklepikach (prawie zawsze będziemy zaproszeni, by zostać i obejrzeć, co mają; spontanicznie, bez umawiania się***) – popróbować, poporównywać, porozmawiać: nabędziemy doświadczenia i na pewno się sporo nauczymy.
Uwaga: nie trzymajmy się ściśle i wyłącznie ulicy Rzymskiej; w prostopadłych do niej mniejszych uliczkach również znajduje się kilkanaście ciekawych miejsc.
Moje osobiste typy to zakłady Pierre’a Barthel i – mniejszy – Hugues’a Paumier. Znalazłam tam kilka ciekawych smyczkow i instrumentow, a i panowie lutnicy jakoś mi podpasowali – ale najlepiej poszwendać się tam i wybrać ulubione miejsce samemu…!

Polecam wszystkim smyczkowym freakom 🙂

Do następnego,
M.

_________________________________

* rzędu, bodajże, 7 Euro. Dla porównania, za 10 mamy szansę nie tylko zwiedzić ten monumentalny, niesamowity pałac, ale także posłuchać fantastycznej orkiestry i śpiewaków światowej klasy lub obejrzeć jeden z najlepszych zespołów baletowych w akcji.

** aaale! 🙂 : na godzinę przed spektaklem studenci poniżej 28. roku życia mogą kupić bilety “last minute” na WSZYSTKIE, nawet najlepsze, najdroższe miejsca – te, które się nie sprzedały – za, bodajże, 25 Euro (albo i mniej, nie pamiętam)! Tylko żeby je dostać, trzeba przyjść jeszcze z godzinę wcześniej (podobno to minimum) i postać w kolejce.

*** nie dotyczy to lutniczych gigantów typu Rampal (a w wypadku smyczków – Raffin, u którego jednak rano – przed 11 – też możliwa jest spontaniczna wizyta). Tam trzeba zatelefonować i się umówić. I uzbroić w dodatkową porcję pewności siebie i przygotować na spore przeżycie, jeśli się wybierzemy 😉

Found on the Internet…

David Ackert, Backstage Magazine:

“Singers and Musicians are some of the most driven, courageous people on the face of the earth. They deal with more day-to-day rejection in one year than most people do in a lifetime. Every day, they face the financial challenge of living a freelance lifestyle, the disrespect of people who think they should get real jobs, and their own fear that they’ll never work again. Every day, they have to ignore the possibility that the vision they have dedicated their lives to is a pipe dream. With every note, they stretch themselves, emotionally and physically, risking criticism and judgment. With every passing year, many of them watch as the other people their age achieve the predictable milestones of normal life – the car, the family, the house, the nest egg. Why? Because musicians and singers are willing to give their entire lives to a moment – to that melody, that lyric, that chord, or that interpretation that will stir the audience’s soul. Singers and Musicians are beings who have tasted life’s nectar in that crystal moment when they poured out their creative spirit and touched another’s heart. In that instant, they were as close to magic, God, and perfection as anyone could ever be. And in their own hearts, they know that to dedicate oneself to that moment is worth a thousand lifetimes.”

„Wokaliści i muzycy to najbardziej zdeterminowani, odważni ludzie na świecie. W jednym tylko roku radzą sobie z większym odrzuceniem niż większość ludzi w ciągu całego życia. Każdego dnia mierzą się z finansowym wyzwaniem wynikającym z bycia freelancerem, z brakiem szacunku tych, którzy uważają, że powinni zabrać się za jakąś prawdziwą robotę i ze strachem o własną zawodową przyszłość. Każdego dnia muszą ignorować fakt, że to czemu poświęcili życie, może się okazać bańką mydlaną. Z każdą nutą napinają się emocjonalnie i fizycznie, ryzykując krytykę i osąd. Z każdym mijającym rokiem, wielu z nich patrzy jak rówieśnicy osiągają kolejne kamienie milowe normalnego życia – samochód, rodzinę, dom, oszczędności na koncie. Dlaczego? Ponieważ muzycy i wokaliści są gotowi poświęcić całe życie dla chwili, w której melodia, tekst, akordy, interpretacja poruszą duszę słuchacza. Wokaliści i muzycy to istoty, które skosztowały nektaru życia w tym krystalicznym momencie, gdy ich twórczy duch wylał się na słuchaczy i dotknął serc. W tym momencie są bliżej magii, Boga i doskonałości niż ktokolwiek inny. I w głębi serca wiedzą, że to właśnie jest warte poświęcenia choćby i tysiąca żyć.”

Piękne (choć trochę smutne) i prawdziwe słowa, prawda?…

Zdrowie – 2: Uraz? …i co z tym fantem zrobić

Carpal-Tunnel-Hand-Pain-Wrist-Pain-Arm-Pain-Shooting-Pain-Chiropractor-Chiropractic

źródło: greatchoicechiro.com

W poprzednim odcinku 😉 poznaliśmy najbardziej popularne muzyczne przypadłości i ich przyczyny.

Skąd jednak wiedzieć, że możemy być na drodze do urazu?

Do sygnałów ostrzegawczych należą:

  • ból
  • pieczenie
  • zmęczenie, uczucie ciężkości
  • uczucie słabości
  • ograniczona sprawność
  • mrowienie
  • drętwienie
  • sztywność

(oraz, już znacznie bardziej oczywiste,

  • mimowolne ruchy
  • zaburzenia krążenia
  • trudności w wykonywaniu codziennych czynności).

Co robić, gdy dostrzeżemy u siebie któreś z powyższych objawów?

Przede wszystkim: ODŁOŻYĆ INSTRUMENT!!!
Większość pomniejszych dolegliwości mija po jednym lub dwóch dniach odpoczynku. (Znajomy profesor mawia, że odczekać należy 48 godzin, zanim zaczniemy znów ćwiczyć, bo tyle czasu potrzeba tkance, by się zregenerowała.)
Unikaj wszelkich czynności obciążających uszkodzony obszar. Poza grą na instrumencie mogą to być także np. korzystanie z komputera, szydełkowanie, przenoszenie ciężarów, praca w ogrodzie, stolarka, malowanie, tapetowanie… 🙂

Aby zmniejszyć ból, możemy skorzystać ze środkow takich jak:

  • masaż –
    Masaż (np. lomi lomi, szwedzki, głęboki, gorącymi kamieniami) pomaga zatrzymać  skurcze i rozluźnić mięśnie. Może przynieść ogromną ulgę, gdy są one boleśnie spięte. “Odpowiednio często wykonywany masaż pozwala zapobiec bólom, które normalnie odczuwalibyśmy w wyniku przeciążenia mięśni”*.
    Warto jednak pamietać, że nie jest to metoda zapobiegania tym przeciążeniom.
  • lód –
    Okłady z lodu przyspieszają gojenie, minimalizują opuchliznę i zmniejszają ból. Paczki z lodem (lub np. mrożonym groszkiem 😉 ) owinięte cienkim ręcznikiem przykładamy do skóry na 40-60 sekund (czynność można powtórzyć kilka razy dziennie).
    Ważne: nie graj na instrumencie ani nie rozciągaj mieśni zaraz po potraktowaniu ich lodem! Możesz w ten sposób pogorszyć sytuację – “schłodzone” mięśnie są mniej elastyczne i bardziej podatne na uszkodzenie.
  • zimna/gorąca woda –
    Na ból nadgarstków i przedramion: zanurz ręce (po łokcie) 1) w bardzo ciepłej wodzie na 3 minuty, 2) w zimnej na 1 minutę. Powtórz 3 razy.
  • piłeczka –
    Najlepiej gumowa, rozmiarów tenisowej lub trochę większa piłeczka potrafi być wspaniałym narzędziem do automasażu. Umieść ją pod bolącym miejscem i “pokręć się” na niej (leżąc na podłodze lub opierając się o ścianę).
    Ja w ekstremalnych sytuacjach na niej śpię. Tj. podkładam pod kark/ramię, i jeśli się natychmiast nie zsunę, to następnego dnia jest lepiej.
  • stretching –
    Intensywna dawka ćwiczeń rozciągających czy godzina jogi działają cuda, gdy chodzi o rozluźnienie.
    O jednym i drugim będę jeszcze pisać.
  • pływanie –
    Idź na basen! Woda ukoi napięte mięśnie. (A jeśli jest i basenik z gorącą, to dodatkowo zrelaksuje 🙂 )
  • lekarstwo –
    w aptekach jest wiele maści i kremów przeciwbólowych i przeciwzapalnych. Warto zastosować któreś z tych naturalnych/ziołowych. (Osobiście najbardziej lubię ten krem – 3. od prawej; niestety nie wiem, jaki jest jego polski odpowiednik – w każdym razie ta kombinacja składników działa.)

Jeśli po dwóch dniach odpoczynku i odpowiedniej troski o problematyczny obszar (zwłaszcza, gdy są to ręce) ból nadal się utrzymuje, powinno się pójść do specjalisty. Niestety, nie dorobiliśmy się jeszcze w Polsce instytucji odpowiedzialnej za muzyków. (Niemcy, Szwajcarzy czy Amerykanie mają niejedno centrum/stowarzyszenie/instytut “medycyny muzycznej”…) Mam wielką nadzieję, że kiedyś się to zmieni. Póki co, najlepiej chyba wybrać się do reumatologa…**

Zaczynając znów ćwiczyć, bądź bardzo ostrożny!
Jeśli nastąpił poważny uraz, to od sposobu, w jaki powrócisz do instrumentu, zależy, czy naprawdę wyzdrowiejesz: jeżeli natychmiast będziesz grać tyle, ile wcześniej i równie intensywnie, to najprawdopodobniej problem wkrótce znów się pojawi (przy byle okazji, np. dodatkowym stresie). Ważne, by kontynuować zaleconą terapię tak długo, aż nie będzie śladu po bólu ani jakichkolwiek ograniczeniach ruchu, a wytrzymałość, siła i koordynacja w pełni powrócą.

Zaczynaj po trochu, przez pierwsze dni – po kilka minut..!  Warto (najlepiej w konsultacji z lekarzem) ułożyć sobie plan, np.:
1. dzień – 5 min.,
2. – 2 x 5 min. z 15-min. przerwą,
3. – 10 min., 15 min. przerwy, 5 min. … itd.***
Brzmi niedorzecznie? Ćwiczmy więcej, proszę bardzo, ale mentalnie!…
Zwiększając czas gry pamiętajmy, by zawsze odpowiednio się rozgrzewać. Stosowne ćwiczenia fizyczne, poprawna postawa to podstawa w procesie powrotu do zdrowia.

Najważniejsze, by wyciągnąć nauczkę z tego, co się stało. Przeanalizować technikę, postawę, plan ćwiczenia, specyfikę naszych mięśni i ciała z jego słabościami czy asymetriami; a także podejście i generalny styl życia… i dociec, co spowodowało, umożliwiło, wpłynęło na uraz. Wprowadzić konieczne zmiany. I być mądrzejszym w przyszłości.
🙂

________________________

* V.Voner/Poradnik bez kantów: “Podstawy masażu”
Inne źródła: Janet Horvath, “Playing (less) hurt”

** POPRAWKA: patrz -> komentarze 🙂

*** …gwoli ścisłości: tak minimalistyczny plan to nie mój pomysł. Zalecają go (w różniących się od siebie szczegółach) książki o zdrowiu muzyków (np. “Das Gesundheitsbuch für Musiker” Renaty Klöppel).

Inspiracje na Nowy Rok

nurtured-by-love-dvd

źródło: suzukiassociation.org

Dlaczego muzyka?
Jak nauka gry na instrumencie potrafi wpłynąć na dziecko?
Co powinniśmy mieć na uwadze jako nauczeciel, rodzic?

Shinichi Suzuki (1898 – 1998) to autor słynnej dziś na cały świat metody, która zrewolucjonizowała spojrzenie na nauczanie w ogóle. Uważał, że nie ma czegoś takiego jak wrodzony talent. Talent kształci się w odpowiednim środowisku i przez odpowiednie wychowanie. Uważał, że każde dziecko, tak jak “automatycznie” przyswaja ojczysty język, może w “naturalny” sposób nauczyć się grać na instrumencie, w procesie tym kszatałtując piękną osobowość i szlachetny charakter – nie przy okazji, a przede wszystkim. Wierzył, że muzyka mogłaby wyleczyć społeczeństwo z wielu problemów.

W książce “Karmieni Miłością” (“Nurtured by Love”) Suzuki opowiada o swoim życiu; notuje przemyślenia, odkrycia, poglądy. Tłumaczy koncepcję “talent education”, ilustrując ją poruszającymi przykładami. “Ta książka czyni cię lepszym człowiekiem”, usłyszałam od osoby, która mi ją podarowała.

Zachęcona lekturą sięgnęłam również po film (na zdjęciu powyżej) o tym samym tytule. Został on zrealizowany częściowo na podstawie książki, częściowo jako fascynująca prezentacja i świadectwo sukcesu metody w świecie zachodnim. Piękna ścieżka dźwiękowa, ciekawe wypowiedzi wybitnych muzyków i nauczycieli czynią film, jak dla mnie, jeszcze lepszym od książki. Zawiera w sobie całe jej przesłanie, przedstawione znacznie spójniej; jest przy tym spojrzeniem “z zewnątrz”, z perspektywy zupełnie innego systemu. Ogląda się go z zapartym tchem i łzami w oczach. Naprawdę gorąco polecam każdemu z Was!!

Wszystkiego dobrego w 2013!

M.

P.S. Z tego co widzę, film chyba nie jest dostępny na polskim rynku… Jeśli ktoś byłby zainteresowany, mogę spróbować skopiować go i wysłać.

…to write or not to write… in English

On one hand, most of the wisdom ( 😉 ) I’d like to share here is already available in English (and/or German). My primary goal was introducing it in Poland, and it’s Polish musicians I am thinking about when writing.

On the other hand, friends whom I told about the blog so far are all either non-musicians or from abroad and asking me to write in English so they too can understand…

Hmmm.

I have quite a dilemma here!… Blog’s integrity or more readers? 😉

Well, when it comes to readers, I haven’t really done any work yet… I’m afraid of the typical Polish criticism and sort of waiting until I become a total super pro before I reveal the blog to my fellow Poles 😉  Though reasoning suggests that’s not the way to go, especially since the total-super-pro-thing might never happen!…

Sooo… perhaps I should try to translate the previous entries (at least the ones that make some sense!) and write the future ones in both languages. Perhaps.

But first I’ll go and tell a couple of Polish (!) Musos (!) about the blog. What the heck!